Wiedeń – Budapeszt

Oboje pamiętamy jak dziś naszą pierwszą wycieczkę rowerową. Było to już ponad dwa lata temu w 2003 roku. Naszym celem była Przełęcz Salmopolska. Zabraliśmy wtedy ze sobą jeden, mały plecak, w którym znajdowało się kilka kanapek i kurtki przeciwdeszczowe. Nigdy nie zapomnimy naszej radości, kiedy po 4 godzinach jazdy zdobyliśmy przełęcz, a po następny6ch 6 wróciliśmy szczęśliwie do domu. Wtedy właśnie oboje stwierdziliśmy, że ta wycieczka to dopiero początek, naszej wspaniałej “przygody rowerowej”. W roku 2004 mieliśmy już ambitniejsze plany. Oprócz kilku jednodniowych wycieczek, pojechaliśmy także ma tydzień do Słopnic k/Limanowej, a sezon zakończyliśmy bardzo ambitna wycieczka, której celem było przejechanie 200 km w jeden dzień. Po tej wycieczce, zaczęliśmy poważnie myśleć o zorganizowaniu kilku tygodniowej wyprawy.

Tak więc, wszystkie dotychczasowe wycieczki w roku 2005 były podporządkowane temu, aby osiągnąc zamierzony cel. No i stało się. Po “zaliczeniu” na rowerach jeziora Otmuchowskiego i przejechaniu “Szlaku Orlich Gniazd” jesteśmy już gotowi, aby ruszuć w naszą najdłuższą i najbardziej emocjonującą wyprawę. Wspólnie uznaliśmy, że pętla Wiedeń – Bratysława – Budapeszt to trasa z którą powinniśmy sobie poradzić. Tak więc ruszamy na wyprawę, która będzie od nas wymagała dużego wysiłku, wytrwałości i radzenia sobie w różnych warunkach.

Informacje

Opis trasy

No to start!

W końcu nadszedł ten dzień. Piątkowy, słoneczny poranek. Sakwy zapakowane po brzegi i zamontowane już na rowerze. Jeszcze tylko zapakować kanapki, nalać wody do bidonu, sprawdzić czy się niczego nie zapomniało, no i w drogę! Wyprawa, do której przygotowywaliśmy się prawie rok w końcu się rozpoczęła.

Grzybki w namiocie

Wyruszyliśmy z domu kilka minut po 9. Szybko dotarliśmy do granicy z Czechami i w miejscowości Frydek – Mystek, gdzie udało nam się odnaleźć niedrogi kamping. Pierwszy problem pojawił się przy rozbijaniu namiotu… Problem był niebanalny, bo po rozłożeniu nadawał się on raczej na śmietnik, a nie do spania. Jak to się stało? Otóż przed wyjazdem nikt z nas nie sprawdził w jakim stanie jest nasz mobilny domek, a jak się okazało był on w stanie… rozkładu. Tak to jest jak się zwija mokry namiot, a potem zapomina się go dobrze wysuszyć… Jakoś przeżyliśmy tą pierwszą noc i rano zaczęliśmy myśleć jak doprowadzić namiot do stanu używalności. Choć od myślenia głowa nie boli, to jednak czas ucieka. Musieliśmy szybko podjąć męską decyzję: kupujemy nowy namiot! Od poznanych na kempingu Czechów dowiedzieliśmy się, że w centrum miasta jest TESCO i że tam kupimy sobie nowy “stan” (tak Czesi mówią na namiot:). Zebraliśmy się szybko, kupiliśmy co trzeba i pojechaliśmy dzielnie dalej.

Pogoda nam jak na razie dopisywała, gorzej było jeżeli chodzi o ukształtowanie terenu. Jadąc przez północno – wschodnie Czechy musieliśmy co chwilę pokonywać różne podjazdy, które skończyły się dopiero trzeciego dnia kiedy to wjechaliśmy w dolinę Morawy. Wtedy jechało się już naprawdę dobrze i pierwszą niedzielę naszej wyprawy możemy zaliczyć do bardzo udanych. W niewielkiej, czeskiej miejscowości uczestniczyliśmy we Mszy Świętej, podczas której trochę obawialiśmy się o nasz dobytek, ponieważ rowery byliśmy zmuszeni zostawić bez opieki na placu kościelnym. Całe szczęście wszystko było na swoim miejscu i już chcieliśmy ruszać dalej, kiedy to podszedł do nas bardzo miły pan i… zaprosił nas na niedzielny obiad. Chociaż pokusa była ogromna to jednak postanowiliśmy nie skorzystać z zaproszenia, gdyż chcieliśmy odrobić trochę kilometrów. No i odrobiliśmy… Tego dnia nasze liczniki wskazywały prawie 140 przejechanych kilometrów. Kiedy wieczorem dotarliśmy do granicy Czesko – Austriackiej, postanowiliśmy rozbić się na jakimś polu. Po chwili odwiedził nas właściciel owego gruntu i poinformował, że to jest teren prywatny i że możemy tu przenocować pod warunkiem, “że rano nie zostawimy ani jednego papierka:)” Oczywiście przystaliśmy na taki układ i położyliśmy się spać.

Kłopoty w Wiedniu

Niestety, rano obudził nas deszcz:( Całe niebo było bardzo zachmurzone i raczej nie było szans, aby to szybko się skończyło. Zebraliśmy się prędko, przekroczyliśmy granicę i pojechaliśmy dalej, moknąc na każdym kolejnym kilometrze. Jednak ani przez chwilę nie załamywaliśmy się ponieważ tego dnia mieliśmy już dotrzeć do Wiednia. W końcu mokrzy, ale bardzo usatysfakcjonowani przejechaliśmy obok tabliczki z napisem “Wien”. Niestety, nie było nam dane rozkoszować się pięknem tego miasta. Cały czas padało, więc szybko zaczęliśmy szukać jakiegoś miejsca na nocleg. Trafiliśmy na baaardzo drogi kamping na którym byliśmy zmuszeni zapłacić ponad 80 złotych za jedną noc:(. Ten kemping okazał się dla mnie bardzo pechowy, ponieważ na odcinku recepcja – miejsce na namiot skrzywiłem całą tylną felgę tak, że dalsza jazda była niemożliwa. Wtorkowy poranek rozpoczęliśmy od heroicznej walki z moja skrzywioną felgą. Oczywiście można było kupić nową, ale ceny w centrum Wiednia są, delikatnie mówiąc, bardzo wysokie i nie mogliśmy sobie pozwolić na taki wydatek. Tak więc w ulewnym deszczu robiliśmy wszystko, aby moje tylne koło chciało się kręcić. W końcu jakoś się udało, co prawda byłem pozbawiony tylnego hamulca, ale jakoś dałem rade jechać dalej.

Prosto do Budapesztu

Z Wiednia do samej Bratysławy jechało się piękną drogą rowerową położoną na Dunajem – Donauradweg, którą wszystkim cyklistą możemy polecić. Żadnego ruchu samochodów, świetna nawierzchnia i bardzo dobre oznaczenia. Droga do stolicy Słowacji minęła bardzo szybko. Z tą szybkością to chyba trochę przesadziliśmy, ponieważ już w Bratysławie mieliśmy małą stłuczkę: Paweł przyhamował przed dziurą, a ja uderzyłem do niego, był to efekt jazdy bez tylnego hamulca. Całe szczęście większych strat nikt z nas nie odniósł, a Paweł przy okazji dowiedział się że jego błotnik jest składany:). Podczas przejazdu przez Bratysławę towarzyszył nam pewien bardzo miły Słowak, który pokazał jak dojechać do drogi rowerowej prowadzącej w stronę Budapesztu. Po drodze spotkaliśmy jeszcze grupę Polaków, którzy także zmierzali do stolicy Madziarów. Razem z nimi przekroczyliśmy granicę Słowacko – Węgierską, ale jeszcze tego samego dani nasze drogi się rozeszły, ponieważ ich wyprawa miała charakter bardziej rekreacyjny i już około godziny 18 zaczęli się oni rozbijać na kempingu:). My postanowiliśmy przejechać jeszcze kilkanaście kilometrów i potem poszukać miejsca na nocleg. O ile z przejechaniem tych dodatkowych kilometrów nie było problemu to jednak gorzej było ze znalezieniem miejsca na nocleg. Dopiero około godziny 22, kiedy to było już bardzo ciemno postanowiliśmy się rozbić na przydrożnym polu. Nie było to zbyt atrakcyjne miejsce na nocleg. Niektórzy kierowcy na nas trąbili, Paweł twierdził, że nas pozdrawiają w ten sposób, ale ja bym nieco inaczej to zinterpretował…

Rano wstaliśmy bardzo wcześnie i ruszyliśmy na podbój Węgier. Użycie słowa podbój jest tutaj bardzo uzasadnione. W pewnym momencie musieliśmy całkowicie zboczyć z drogi (był zakaz ruchu rowerów). Droga na którą zjechaliśmy najpierw była asfaltowa, później gruntowa i tak stopniowo zamieniała się w nieprzejezdną, leśną ścieżkę. Heh, no właśnie, nieprzejezdna. Zeszliśmy z rowerów i chcieliśmy je jakoś przeprowadzić przez tą dżunglę. Było naprawdę ciężko, tym bardziej, że mi zeszło całe powietrze z tylnego koła, a dętka została wciągnięta przez kasetę – wydaję się niemożliwe, ale tak się stało! Jednak po pół godzinnym marszu, z rowerami “na plecach” i walce z komarami, których były miliony, udało się nam szczęśliwie dotrzeć z powrotem do szosy. Zreperowaliśmy awarię i pojechaliśmy dalej. Jeszcze tego samego dnia w końcu przestało padać i około godziny 18, po raz pierwszy od 3 dni mogliśmy oglądać błękit nieba, na którym pojawiła się przepiękna tęcza:)

Tym razem postanowiliśmy, że rozbijemy się na niedrogim kampingu w Tati, gdzie spotkaliśmy bardzo przyjaznego autostopowicza z Polski, który zaopatrzył nas w zapasy ryżu i pyszny dżemek:). Przy okazji zjedliśmy pyszną kolację na którą kuchmistrz Paweł przygotował wspaniała jajecznicę :D. Następnego dnia mieliśmy już dotrzeć do Budapesztu. Droga choć prowadziła przez górki to jednak szybko nam mijała. W Budakeszi – małym miasteczku przed stolicą, trafiliśmy na bardzo fajny sklep rowerowy i jeszcze fajniejszych pracowników tegoż sklepu. Za niecałe 8 euro wymienili mi felgę, oponę (która też już była na skraju wyczerpania), oraz dętkę. Dodatkowo nasmarowali nam rowery i wszystko wyregulowali tak, że rower działał jak nowy:). Byliśmy im bardzo wdzięczni i zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie. Po gruntownym przeglądzie rowerów przejechaliśmy jeszcze kilkanaście kilometrów i zatrzymaliśmy się już w Budapeszcie.

Najpiękniejsza stolica Europy

Budapeszt przywitał nas już piękną słoneczną pogodą. Nie zastanawiając się długo rozbiliśmy się na kampingu i ruszyliśmy na podbój miasta:). Raczej nie będę opisywał jak piękna jest stolica Węgier, bo to po prostu trzeba zobaczyć, powiem tylko tyle, że naprawdę warto! Długo jeździliśmy po mieście i troszkę zaszaleliśmy:) Najpierw zjedliśmy przepyszne naleśniki w jakieś restauracji, a do tego zamówiliśmy jeszcze lody i wypiliśmy sobie po węgierskim piwku:). Kiedy już wracaliśmy na kemping Paweł kupił jeszcze winko na wieczór:) Spać poszliśmy dopiero po północy. Następnego dnia mieliśmy zamiar opuścić miasto i wjechać już na teren Słowacji. Sam wyjazd z miasta okazał się zadaniem godnym najlepszego nawigatora:). Ponieważ nie mieliśmy dość dobrej mapy to od momentu wyjechania z kampingu, do dotarcia na właściwą drogę minęły jakieś 4 godziny:(. Nigdy jeszcze tak długo nie wyjeżdżałem z miasta…

W końcu udało się nam wyrwać ze stolicy i popędziliśmy dalej. Użycie słowa “popędziliśmy” nie jest wcale przypadkowe. Od Budapesztu do naszej rodzinnej miejscowości było ponad 400 km, a my pokonaliśmy ten dystans w 3 dni! Przy okazji pobiliśmy własny rekord przejechanych kilometrów w jednym dniu i w niedzielny wieczór, kiedy to mijaliśmy tabliczkę z napisem Orzesze, mój licznik wskazywał dokładnie 206 km! Trzeba jednak przyznać, że w drodze powrotnej szczęście nam sprzyjało. Pogoda była idealna, żadnych awarii, a po słowackich drogach jechało się wspaniale.

Podsumowanie

To, co jeszcze kilka tygodni temu było tylko w planach, teraz stało się faktem. 4 państwa, 3 stolice, 1100 kilometrów, to wszystko w 10 dni na rowerze! Jesteśmy z siebie bardzo zadowoleni, ponieważ wykonaliśmy nasz plan w 100%! Jechaliśmy nie przejmując się pogodą, pokonując kolejne wzniesienia i sprawnie radząc sobie z różnymi awariami. Teraz bardzo mile wspominamy naszą wyprawę i już myślimy o następnej.


Komentarze: