Tatry

Najpierw był pomysł, aby jechać na rowerze na wypoczynek do domku mojego wujka w Słopnicach (koło Nowego Sącza). Aby się nie nudzić postanowiliśmy, że pojedziemy stamtąd do Zakopanego. Podczas pobytu chcieliśmy nadać wyprawie charakter bardziej sportowy niż wypoczynkowy, ale niestety nie pozwoliła nam na to pogoda.

Informacje

Opis trasy

Orzesze – Słopnice

Wcześnie rano (o 6.15), po obfitym śniadanku wyruszyliśmy w drogę. Najpierw udaliśmy się w kierunku Pszczyny i po przejechaniu około 35 km dotarliśmy do drogi biegnącej z Oświęcimia do Kęt. Na tejże drodze, zatrzymaliśmy się przy stacji benzynowej i kupiliśmy dopalacze na dalszą drogę. Z Kęt pojechaliśmy dalej w kierunku Wadowic. Ten odcinek nie był specjalnie trudny, obyło się bez większych podjazdów. Około godziny 11 i przejechaniu 80 km dotarliśmy w końcu do Miasta Papieża. To była teoretycznie połowa naszej drogi. W Wadowicach na rynku wmontowaliśmy się do pizzerii i zamówiliśmy po jednej dużej pizzy. Jak zwykle było jej za dużo. Pizza była naprawdę ogromna i musieliśmy jeszcze trochę posiedzieć zanim ruszyliśmy dalej. A dalej nie było już tak łatwo. Zaraz za Wadowicami zaczęły się pierwsze podjazdy. Teraz już, co chwilę musieliśmy pedałować to pod mniejszą, to pod większą górkę. Na jednym ze zjazdów, jakiś imbecyl kierujący ciężarówką wymusił przed nami pierwszeństwo. Było niebezpiecznie, ponieważ zasuwaliśmy ponad 60 km/h. Całe szczęście, dzień przed wyprawą dobrze wyregulowaliśmy nasze V-break’i i skończyło się tylko na hamowaniu po piskach.

Po przejechaniu kolejnych kilkudziesięciu kilometrów zatrzymaliśmy się na chwilę przed miejscowością Sucha Beskidzka, przy okazji pomogliśmy pewnej zbłąkanej pani, która szukała drogi do Makowa Podhalańskiego:) Właśnie w Makowie zrobiliśmy ostatnią przerwę przed prawdziwymi górkami. Nie narzekając jednak jechaliśmy, zbliżając się do naszego celu. W Rabce przejechaliśmy Zakopiankę i obraliśmy kierunek w stronę Mszany Dolnej. Nie trudno się domyśleć, że miejscowość ta była położona stosunkowo nisko, więc po dość długim zjeździe czekał nas kolejny podjazd. Ten zapamiętamy chyba bardzo długo, bo mieliśmy już w nogach prawie 150 km, a tu cały czas pod górkę i nie widać końca.

Za Mszaną zrobiliśmy kolejny postój na przystanku autobusowym. Wiedzieliśmy, że już nam pozostało niewiele do przejechania i miał to być nasz ostatni postój. Po kolejnych kilku kilometrach podjazdu dotarliśmy w końcu do miasta Tymbark. Niestety nie mieliśmy okazji wstąpić na soczek. Przystanęliśmy tylko na stacji benzynowej i kupiliśmy małe zapasy na wieczór. Następnie droga schodziła ostro w dół i jak się później okazało, był to najszybszy zjazd (ponad 70 km/h) w ciągu całej wycieczki. W ten sposób dojechaliśmy do lokalnej drogi, prowadzącej do Słopnic. Po przejechaniu kilku kilometrów, byliśmy już prawie w domku gdzie mieliśmy nocować. Prawie, bo czekał nas jeszcze kilometrowy podjazd o nachyleniu prawie 20%. Około godziny 20.00, szczęśliwi i zadowoleni, po małych perypetiach z kluczem weszliśmy do domku na zasłużony odpoczynek.

Deszcz

Wstaliśmy wcześnie, bo obudził nas deszcz. Padało prawie cały dzień i nie było mowy żeby gdzieś jechać. Cały dzień spędziliśmy na czytaniu gazet i oglądaniu TV.

Deszcz cd.

Podobnie jak dnia drugiego od rana padało z tym, że po południu zaczęło się przejaśniać i postanowiliśmy, że pozwiedzamy okolice na rowerze. Było całkiem ciekawie, ponieważ jeździliśmy po ekstremalnie nachylonych drogach asfaltowych.

Piwko w Limanowej

Tego dnia pogoda już była dużo lepsza, jednak było dosyć chłodno. Po śniadaniu postanowiliśmy pojechać do Limanowej. Najpierw przejechaliśmy szutrową drogą prawie przez szczyt najwyższej góry w okolicy. Następnie wjechaliśmy na jakąś przełęcz, ale zjazd z niej był tragiczny! Mimo że był tam asfalt to było tyle dziur i załatanych łat, że prędkość musieliśmy ograniczyć do 20 km/h. Po zjeździe, okazało się, że pokrzywiliśmy swoje felgi – no cóż… Nic nie jest wieczne. W Limanowej zjedliśmy obiad w restauracji. Mieliśmy takie szczęście, że akurat trafiliśmy na festyn, na którym zostaliśmy 2 godzinki, a następnie ruszyliśmy, aby wrócić dużo lepszą drogą, niż przyjechaliśmy.

Koniec jazy! Zsiadać z rowerów!

Po wygrzebaniu się z łóżka, o 10 rano ruszyliśmy, aby osiągnąć cel naszej wyprawy – Zakopane. Przed nami była niedługa droga, lecz nie była ona najłatwiejsza. Najpierw, tak jak podczawycieczki do Limanowej, musieliśmy wjechać wysoko do góry drogą gruntową (wybraliśmy tak, aby nie robić zbyt dużego kółka). Potem zjazd asfaltem z prędkością ok. 70 km/h i byliśmy w sąsiedniej wiosce. Dalej jechaliśmy po prostym, a potem wzdłuż Dunajca. Poznaliśmy wtedy piękne krajobrazy Beskidu Wyspowego. Dojechaliśmy do miasta Krościenko nad Dunajcem w Pieninach. Za miastem zrobiliśmy krótką przerwę, aby zjeść wafle, które wcześniej kupiliśmy na drogę. Jadąc dalej, pokonywaliśmy bardzo długie podjazdy. Były one bardzo męczące, do tego słońce nas piekło, ale po wjeździe na najwyższy punkt zapomnieliśmy o zmęczeniu, ponieważ ukazały się nam Tatry w krajobrazie zbiornika na Dunajcu. Po krótkiej przerwie rozpoczęliśmy zjazd. Nie jechaliśmy do samego Nowego Targu, aby nie jechać Zakopianką. Skróciliśmy sobie drogę, jadąc przez miejscowość Gronków i Biały Dunajec. Potem już nie mieliśmy wyjścia – została tylko jedna droga do Zakopanego – Zakopianka. Na szczęście nie było dużego ruchu. Wreszcie po kilkunastu minutach wjechaliśmy do Zakopanego. Pierwsza rzecz, jaką zaczęliśmy robić, to szukać serwisu rowerowego, aby wymienić pedał, który mi się wcześniej złamał. Po przejechaniu Krupówek dwa razy, jakiś uprzejmy pan w sklepie odzieżowym powiedział, jak dojechać do serwisu. Wymiana nie zajęła dużo czasu – więcej straciliśmy go szukając tego sklepu. Następnie tradycyjnie obraliśmy kierunek do najbliższej pizzerii. Po obiadokolacji zrobiliśmy sobie zdjęcia z Giewontem, oraz ze skocznią narciarską i ruszyliśmy w kierunku Łysej Polany, bo tam mieliśmy zarezerwowany nocleg. Ledwo z Zakopanego wyjechaliśmy i już się zaczęły serpentyny (oczywiście w górę). Po przejechaniu kilkudziesięciu metrów (licząc w pionie) zobaczyliśmy piękny widok na Zakopane o zachodzie słońca. Dalej już jechaliśmy chyba tylko z górki do Łysej Polany. Tam, na chwilę zatrzymaliśmy się przy przejściu granicznym i pojechaliśmy dalej.

W końcu dojechaliśmy doszlabanu, ale nie zważając na zakaz wjazdu rowerów pojechaliśmy dalej. Po chwili jednak usłyszeliśmy z tyłu, że ktoś woła: “Koniec jazy! Zsiadać z rowerów!”, ale my jechaliśmy dalej. Trochę nas to zaniepokoiło, więc zapytaliśmy bacy czy można dalej jechać, a on powiedział ze skoro nas widzieli, ze wjeżdżamy to mogą nam wlepić mandat, jeżeli nas złapią. No więc nie mieliśmy innego wyjścia jak prowadzić rowery. Baca się nie mylił – po 10 min zobaczyliśmy cywilny samochód z dwoma strażnikami, jadący z dołu, ale nic nam nie mogli zrobić, bo na szczęście prowadziliśmy rowery. Po przejechaniu (a właściwie przejściu) około 3 km, skręciliśmy na zielony szlak prowadzący do schroniska i w tym samym momencie przeklęliśmy równocześnie widząc, jaka jest dalej droga. Nie dość, że lasem (a panował już półmrok, więc w lesie było ciemno) to jeszcze stromo i po kamieniach. Drog była gorsza niż jakbyśmy mieli iść po schodach. Byliśmy niestety skazani na ten szlak. Do schroniska mieliśmy jeszcze 10 min, które pokonaliśmy z rowerami prawie że na plecach. W końcu dotarliśmy do schroniska, schowaliśmy rowery do garażu i wzięliśmy klucze do naszego pokoju. Na koniec trochę pechowego dnia musieliśmy się umyć w lodowatej wodzie.

Z zakopanego do Słopnic

Wstaliśmy rano ok. 7.00 zjedliśmy śniadanie i do około godziny 8.00 byliśmy gotowi. Po wyjechaniu rowerami z garażu jeden z Goprowców poradził nam, abyśmy nie jechali znowu zielonym szlakiem, który jednak nie jest przystosowany dla rowerów (nie mówiąc już o trekkingowych), tylko specjalną droga, która jest niby przeznaczona dla samochodów, potrzebujących dojechać do schroniska i że w razie gdyby nas straż graniczna złapała, to powiedzieć ze jedziemy ze schroniska. A więc z pewnym niepokojem pojechaliśmy i na szczęście obyło się bez niemiłych przygód. Po dojechaniu do szlabanu, strażnik się nas spytał jak tu wjechaliśmy rowerami, to odpowiedzieliśmy, że je prowadziliśmy, a on spojrzał na nas jak na idiotów, więc pojechaliśmy dalej. Za przejściem granicznym znowu czekały na nas serpentyny. Pokonaliśmy je szybko, a w najwyższym punkcie znów mogliśmy podziwiać widoki pięknych Tatr. Następnie jadąc przez Białkę i Bukowinę Tatrzańską cały czas zjeżdżaliśmy z górki, aż do samego zjazdu przed Nowym Targiem. Tam podobnie jak podczas drogi do Zakopanego jechaliśmy przez Krościenko nad Dunajcem i dalej w stronę Nowego Sącza. Po zjechaniu z głównej drogi na lokalną w stronę Limanowej i Zalesia czekał nas długi podjazd. Podjeżdżaliśmy drogą, na której wcześniej pobiliśmy rekord prędkości (72,5 km/h) – nie było łatwo. Z trudem wjechaliśmy na szczyt. Teraz czekał nas zjazd drogą gruntową. Musieliśmy się ograniczać do prędkości 8 km/h, aby nie poniszczyć felg. Nie będę wspominał, jak wyglądały hamulce po tym zjeździe, a już na pewno o feldze, która aż się czerwieniła od temperatury. Po 15.00 dojechaliśmy do domu, ugotowaliśmy spaghetti, a po obiedzie czekały na nas nieuniknione prace porządkowe. Mieliśmy zamiar wracać następnego dnia do domu.

Powrót do domu

Ostatniego dnia naszej wyprawy wstaliśmy o 6.00, a wyjechaliśmy dopiero po 8.00, ponieważ musieliśmy posprzątać bałagan jaki narobiliśmy przez 6 dni. Już na pierwszym zjeździe mocno się rozpędziłem, zapominając ze mam napakowane z tyłu 10 kg bagażu i ledwo wyhamowałem przed ostrym zakrętem. To była dla mnie nauczka żeby nie szarżować z takim obciążeniem. Następny odcinek, aż do Tymbarku był w miarę z górki. Po wjeździe na główną drogę skierowaliśmy się w stronę Rabki. Po drodze było wiele długich podjazdów, a najdłuższy miał ok. 10 km. Był do tego na tyle stromy, że musieliśmy odpocząć chwilkę w trakcie podjazdu. Po wjechaniu na szczyt również przystanęliśmy, aby ostatni raz zobaczyć Tymbark z góry i pomknęliśmy w dół. Zjazd był równie długi jak podjazd wiec zbytnio się nie zmęczyliśmy. W Rabce, podobnie jak podczas przyjazdu, przecięliśmy Zakopiankę. Po około 15 km od Rabki zrobiliśmy dłuższy przystanek na kanapki. Po 15 min ruszyliśmy w stronę dalej. Do Wadowic było ok. 40 km, i ku naszemu zdziwieniu pokonaliśmy je bez przerwy mimo dużego upału i górzystego terenu. Tam zjedliśmy obiad w pizzerii i po 2 godzinach (mogliśmy sobie pozwolić na taką przerwę ze względu na dobry czas) ruszyliśmy dalej. Za miastem Andrychów słońce tak mocno grzało, że musieliśmy się zatrzymać na stacji benzynowej, aby odpocząć. Potem ruszyliśmy w dalszą drogę do Kęt, a następnie skręciliśmy na Brzeszcze. Tam jechaliśmy bardzo przyjazną drogą przez las, gdzie było rześkie i chłodne powietrze. Potem niesamowicie się nam ciągnęła. Wiedzieliśmy już, że jak dojedziemy do Przyczyny to tak jak byśmy dojechali do domu. W końcu zobaczyliśmy napis “Powiat Pszczyński”, ale do krajowej drogi nr 1 jeszcze było ok. 10 km. Po wjeździe na nią przystanęliśmy ostatni raz w McDonaldzie, aby napić się zimnej coli. Przed nami czekał ostatni odcinek przez Kobiór i Gostyń. Tą drogę również pokonaliśmy szybko. Przed wyjazdem ze Słopnic, z góry zakładaliśmy, że niestety nie będziemy mogli zobaczyć na żywo finałowego występu Otylii Jędrzejczak, jednak im bliżej byliśmy Orzesza tym mieliśmy większe nadzieje, że zdążymy. Dojechaliśmy ok. 19.10, a Otylia startowała ok. 19.20, więc miło nas to zaskoczyło. My przyjechaliśmy po siedmiodniowej wyprawie do domu a Otylia zdobyła złoty medal.


Komentarze: