Rowerowy szlak orlich gniazd

W XIV wieku król Kazimierz Wielki podjął się zadania stworzenia systemu obronnego zabezpieczającego granice, oraz ważniejsze szlaki Polski, z których najważniejszym był szlak z Krakowa do Wielkopolski. Na tej linii wybudowano wówczas wiele zamków obronnych, których ruiny zachowały się do dzisiaj. Dlatego też przez ostatnie trzy dni, postanowiliśmy z Pawłem cofnąć się w czasie i odwiedzić wiekowe budowle.

Informacje

Opis trasy

Przygotowania

W XIV wieku król Kazimierz Wielki podjął się zadania stworzenia systemu obronnego zabezpieczającego granice, oraz ważniejsze szlaki Polski, z których najważniejszym był szlak z Krakowa do Wielkopolski. Na tej linii wybudowano wówczas wiele zamków obronnych, których ruiny zachowały się do dzisiaj. Dlatego też przez ostatnie trzy dni, postanowiliśmy z Pawłem cofnąć się w czasie i odwiedzić wiekowe budowle. Tak właśnie wyruszyliśmy na naszą kolejną wyprawę Szlakiem Orlich Gniazd, który rozpoczyna się w Krakowie i prowadzi, aż do Częstochowy. Dzięki tej wycieczce mogliśmy lepiej poznać historię naszego kraju i podziwiać piękne krajobrazy.

Dzień 1 (TRP: 112 km, AVS: 21 km/h, MAX: 50 km/h)

Poranek był bardzo pochmurny i wyglądało, jakby zaraz miało lunąć. Uzbrojeni w worki foliowe, kurtki przeciwdeszczowe i peleryny zaczęliśmy pedałowanie. Sama droga do Krakowa nie była zbyt interesująca. Nie mogliśmy oczywiście wyskoczyć sobie na A4, więc musieliśmy jechać drogą krajową o nienajlepszej nawierzchni. “Nienajlepsza nawierzchnia” to mało powiedziane, a do tego dochodził jeszcze dość spory ruch “uwielbianych” przez wszystkich rowerzystów TIRów. Dodam jeszcze tylko, że droga była dosyć wąska i już każdy biker może sobie wyobrazić jak przyjemnie się jechało. Nie mogliśmy jednak tylko narzekać. Pogoda, mimo złych prognoz, z godziny na godzinę była coraz lepsza, zaczęło nawet wychodzić słońce:) Oczywiście nic nas bardziej nie mogło zmobilizować niż to, że już za chwilę dojedziemy do stolicy Małopolski. Kolejne kilometry szybko nam mijały. Nie robiliśmy żadnych zbędnych postojów, a i prędkość średnia też nie była najgorsza:)

W końcu, około godziny 15 mogliśmy przejechać koło zielonej tabliczki informacyjnej z napisem “Kraków”. Oczywiście najpierw udaliśmy się w stronę rynku, testując przy okazji drogi rowerowe usytuowane wzdłuż rzeki Wisły. Na rynku nie zabawiliśmy długo. Poprosiliśmy tylko kilku przechodni, aby zrobili nam zdjęcia. Paweł miał okazję “sprawdzić się w terenie” jako tłumacz, ponieważ mieliśmy szczęście (ja bym to raczej nazwał pechem:/) trafić na samych obcokrajowców. Po sesji zdjęciowej udaliśmy się na planty i tam na ławce zaczęliśmy myśleć co robimy dalej – widać lubimy być spontaniczni:) Po krótkiej naradzie postanowiliśmy, że zostajemy w Krakowie na noc! Nasz niezawodny sprzęt biwakowy rozłożyliśmy na campingu niedaleko centrum. Camp był bardzo przyzwoity, ale miał też swoją cenę:(

Jednak oboje uznaliśmy, że warto zapłacić te kilkanaście złotych więcej, aby mieć okazję zobaczyć miasto nocą. Tak więc po kolacji, na którą mieliśmy, delikatnie mówiąc, niezbyt smaczny sos z makaronem (ble…), udaliśmy się z powrotem do centrum. Wpierw krótki postój nad Wisłą, a następnie ruszyliśmy podbijać rynek:) Nie będę opisywał jak jest tam pięknie nocą, bo to po prostu trzeba zobaczyć! Niestety nie mogliśmy sobie pozwolić na żadne nocne szaleństwa:( i około godziny 24 wróciliśmy do naszego namiotu, po drodze odwiedzając jeszcze smoka:) Tak minął wieczór i poranek, dzień pierwszy:)

Dzień 2 (TRP: 161 km, AVS: 18 km/h, MAX: 60 km/h)

Szybkie śniadanko, niestety bez herbatki, bo nam się kuchenka popsuła:( Tego dnia, czekał nas najciekawszy etap wyprawy – Szlak Orlich Gniazd. Jak ktoś jeszcze nie wie co to jest to niech sobie “pogogluje”, bo to jest relacja a nie encyklopedia:) Pierwszym naszym przystankiem był Ojcowski Park Narodowy. Piękne krajobrazy, strome zjazdy i podjazdy czyli to co rowerzyści lubią najbardziej. Nic tylko jechać i pstrykać zdjęcia:) Ledwo wyjechaliśmy z Ojcowa, a tu już czekała na nas kolejna atrakcja: zamek w Ogrodzieńcu. Jednak zanim dotarliśmy tam to po drodze urządziliśmy sobie mały piknik w parku w miejscowości Klucze. Na obiadek była specjalność naszego, a raczej mojego kuchmistrza: zupka chińska z szynką i koncentratem:) Po tak pysznym posiłku dotarcie do Ogrodzieńca to już był pikuś. Choć trasa nie była zbyt łatwa – ciągłe zjazdy i podjazdy, to jednak po niecałej godzince jazdy mogliśmy już zdobywać twierdze, a raczej jej ruiny w Ogrodzieńcu. Wszystko odbyło się zgodnie z naszym harmonogramem:) Odpoczynek, sesja zdjęciowa i znów pedałowanie do następnego zamku:)

Trochę pogoda zaczęła nas niepokoić, ponieważ zbierały się nad nami czarne chmury, ale na całe szczęście udało nam się przed nimi uciec do Mirowa. A w Mirowie kolejny zameczek, kolejny odpoczynek, kolejny posiłek i sesja zdjęciowa:) Niestety, tego dnia atrakcje się dla nas skończyły, a musieliśmy jeszcze przejechać jakieś 40 kilosów. Mniej więcej tyle było do Wojkowic, gdzie mieszka wujek od Pawła, u którego mieliśmy spędzić kolejny nocleg. Tak więc dalej dzielnie pedałowaliśmy i przy okazji próbowaliśmy zsynchronizować nasze liczniki. Później krótki postój w Siewierzu i poszukiwanie upragnionych Wojkowic. Na nasz kolejny nocleg dotarliśmy około godziny 21. Na szczęście tym razem mogliśmy zapomnieć o rozkładaniu namiotu, ponieważ mieliśmy do dyspozycji całe piętro! Do tego, wujek od Pawła bardzo mile nas ugościł, mieliśmy w końcu naprawdę pyszną kolację: barszcz z uszkami i jajecznica Mniammm!!!

Dzień 3 (TRP: 49 km, AVS: 16 km/h, MAX: 38 km/h)

Dzisiaj wstaliśmy troszkę później, zjedliśmy śniadanie, które było równie pyszne jak ostatnia kolacja no i ruszyliśmy dalej do domu. Oczywiście nam tak nie przystoi jechać sobie jak najkrótszą i najłatwiejszą drogą, a więc postanowiliśmy sobie odwiedzić drugi pod względem wysokości szczyt na wyżynie śląskiej: Górę św. Doroty, lub jak kto woli po prostu Dorotkę. Ze szczytu rozpościerał się wspaniały widok na okolicę. Potem tylko kilkadziesiąt kilometrów drogi i byliśmy już w Katowicach, które nas bardzo niemile przywitały. Zaczęło bowiem padać, ba żeby tylko padać, można powiedzieć że wręcz lunęło z nieba. Pogoda więc dopięła swego, jednak my się nie poddawaliśmy i nikt z nas nie myślał nawet o postoju. Byliśmy przecież świetnie przygotowani! Kurtka, peleryna i worki na buty, ten zestaw wystarczył, aby przedzierać się przez ulewę, brakowało tylko wycieraczek na okulary:) Po niecałej godzinie jazdy dotarliśmy do naszej ukochanej, rodzinnej miejscowości. Mokrzy, brudni, zmęczeni, ale bardzo zadowolenie i usatysfakcjonowani:)


Komentarze: