Jezioro Otmuchowskie

Postanowiliśmy wykorzystać te 4 dni upalnego, majowego weekendu i wyruszyć na naszą pierwszą w tym sezonie, kilkudniową wycieczkę rowerową. Tym razem udaliśmy się w stronę Opolszczyzny i dolnego śląska, a naszym głównym celem było jezioro Otmuchowskie. Chcieliśmy się przekonać, jak poradzimy sobie z dodatkowym obciążeniem na naszych rowerach. Wyruszyliśmy w czwartek po południu, zaraz po procesji Bożego Ciała.

Informacje

Opis trasy

Przygotowania

Wyjazd był bardzo spontaniczny. Na pomysł wpadłem kilka dni wcześniej, a więc jakoś specjalnie nie było czasu się przygotować, nie mówiąc już o kondycji, której wogole nie mieliśmy! Ale powiedziałem, że kiedyś musi być ten pierwszy rozruch. Sprężyliśmy się i spakowaliśmy wszystko w środę, a dokończyliśmy w czwartek.

Dzień 1 (TRP: 100 km, AVS: 18 km/h, MAX: 56 km/h)

Ruszamy w trasę. Wyruszyliśmy w czwartek po południu, zaraz po procesji Bożego Ciała. Tego dnia mieliśmy za zadanie dotrzeć aż do Głogówka, a biorąc pod uwagę, że mieliśmy niewiele ponad 5 godzin czasu, to zadanie to wcale nie było łatwe. Pierwsze kilometry mijały nam bardzo szybko. Sprawnie przejechaliśmy przez Rybnik, oraz Racibórz, skąd skierowaliśmy się już prosto na Głogówek. Jednak do samego miasteczka było jeszcze ponad 60 kilometrów. Dalsza nasza droga wiodła cały czas przez pola i prowadziła z jednej wioski do drugiej. Taki krajobraz, bardzo szybko nam się znudził, ale mieliśmy świadomość, że taka droga czeka nas aż do samego Głogówka.

Jechało nam się coraz trudniej, głównie ze względu na słońce, które bardzo mocno przygrzewało, więc zmuszeni byliśmy robić dość częste postoje. Jednak około godziny 19 udało nam się szczęśliwe dotrzeć do Głogówka, gdzie natychmiast zaczęliśmy szukać miejsca na nocleg. Najpierw rozglądaliśmy się za schroniskiem młodzieżowym, które rzekomo miało się znajdować w mieście, lecz znaleźliśmy tylko jakiś hotel, w którym ceny były stanowczo dla nas za wysokie. Postanowiliśmy więc szukać dalej i tak trafiliśmy do bardzo miłych gospodarzy, którzy pozwolili nam rozbić namiot na ich polu. Było już dość późno, więc zabraliśmy się od razu do pracy. Ja rozkładałem namiot, a Paweł w tym czasie przygotowywał posiłek: zupkę chińską z szynką:). Po kolacji, położyliśmy się spać, aby zregenerować siły na kolejne dni naszej wycieczki.

Dzień 2 (TRP: 83 km, AVS: 18 km/h, MAX: 62 km/h)

Rano, zgodnie z wcześniejszym postanowieniem, wstaliśmy już o godzinie 6. Po zjedzeniu śniadania, zaczęliśmy się powoli zbierać. Gospodarze, którzy udostępnili nam miejsce na rozbicie namiotu byli na tyle gościnni, iż pozwolili nam skorzystać rano z łazienki, a także przygotowali nam kanapki na dalszą drogę. Około godziny 8.30 ruszyliśmy dalej kierując się już bezpośrednio w stronę Otmuchowa.

Przejechaliśmy najpierw przez Prudnik, gdzie zrobiliśmy małe zakupy. Później kolejnym postój w Nysie i w końcu dotarliśmy nad jezioro.Choć przejechaliśmy niewiele ponad 80 kilometrów, to jednak trasa była bardzo męcząca, ponieważ cały czas słońce mocno grzało. Na szczęście w tym dniu, w godzinach największego upału, my już leżeliśmy sobie w cieniu nad jeziorem. Po 2 godzinach leniuchowania, zaczęliśmy szukać kolejnego noclegu. Tym razem trafiliśmy na camping, gdzie za niewielką opłatą pozwolono nam rozbić namiot. Po kolacji, do późnego wieczora leżeliśmy nad jeziorem i już rozmawialiśmy o tym co nas spotka jutro.

Dzień 3 (TRP: 103 km, AVS: 19 km/h, MAX: 59 km/h)

Trzeci dzień naszej wyprawy zapowiadał się bardzo interesująco. Rano, znów wstaliśmy około 6, pozbieraliśmy się szybko i ruszyliśmy w stronę Paczkowa, gdzie przekroczyliśmy granicę Polski wjeżdżając do Czech. U naszych południowych sąsiadów, nie mieliśmy zamiaru spędzać zbyt wiele czasu. Jechaliśmy cały czas drogą, która wiodła wzdłuż granicy w stronę Mikulovic. Jak się później okazało, gdzieś od połowy tej drogi zaczął się podjazd pod górkę. Niby nic nadzwyczajnego, ale momentami jechało się nam naprawdę ciężko, ponieważ nie dość, że musieliśmy cały czas wieźć ze sobą spory bagaż, to jeszcze słońce grzało bardzo mocno. Wystarczy teraz wspomnieć, że większa część owego podjazdu nie była w ogóle osłonięta przez drzewa, więc nie mogliśmy się schronić w cieniu. I choć oboje kochamy jeździć na rowerach po górach, to jednak taki podjazd, przy trzydziesto stopniowym upale, delikatnie mówiąc, nie należał do najprzyjemniejszych.

W końcu jednak dotarliśmy do Mikulovic i po krótkiej przerwie, udaliśmy się w stronę przejścia granicznego w Głuchołazach. Nasz ostatni nocleg, chcieliśmy spędzić na polu u naszych znajomych gospodarzy z Głogówka, tak więc ruszyliśmy w stronę Prudnika. Ten odcinek trasy należał do najprzyjemniejszych. Dość dobra nawierzchnia drogi, niewielki ruch samochodów i prawie cały docinek osłonięty drzewami. Te czynniki sprawiły, iż jechało nam się bardzo dobrze i szybko dotarliśmy do Prudnika, skąd już było bardzo niewiele kilometrów do Głogówka. Gospodarze u których spaliśmy dwa dni wcześniej, bardzo mile nas zaskoczyli, ponieważ najpierw zaprosili nas na grilla, gdzie bardzo szybko i przyjemnie minął nam czas, a następnie pozwolili nam nocować u siebie w domu, za co jesteśmy im bardzo wdzięczni.

Dzień 4 (TRP: 94 km, AVS: 19 km/h, MAX: 38 km/h)

W niedzielny poranek udaliśmy się najpierw do kościoła w Głogówku na mszę świętą. Później zjedliśmy śniadanie, jeszcze raz serdecznie podziękowaliśmy naszym gospodarzom za to jak nas przyjęli, pożegnaliśmy się i ruszyliśmy w drogę powrotną do domu. Chcieliśmy wracać nieco inną drogą, wiec najpierw jechaliśmy w stronę Kędzierzyna, a następnie w stronę Kuźni Raciborskiej. Po drodze zatrzymaliśmy się w jakimś barze, gdzie pozwoliliśmy sobie na małą partyjkę w bilarda. Dalej, choć słońce ciągle mocno przygrzewało, jechało nam się dość dobrze, ponieważ większa część drogi była osłonięta przez drzewa.

W okolicy Kuźni Raciborskiej zrobiliśmy sobie dłuższy postój w lesie. Zjedliśmy obiadek – fasolka z puszki:) i odpoczywaliśmy. Podczas siesty byliśmy świadkami awaryjnego lądowania gołębia, który dosłownie spadł z nieba! Okazało się ze padł na ziemie z wyczerpania, więc daliśmy mu trochę wody z butelki. Chociaż mój tata jest hodowcą gołębi i zajmuje się nimi już wiele lat to przyznał, że nigdy mu się taka sytuacja nie zdarzyła, aby ten ptak tak zaufał człowiekowi. Niestety musieliśmy zostawić naszego gołębia i ruszyć dalej. Następnie była już miejscowość Rudy, gdzie zrobiliśmy ostatni dłuższy postój. Potem już tylko Rybnik, Przegędza, Stanowice, Bełk i nasze Orzesze… Tak więc szczęśliwie dotarliśmy z powrotem do domu. W cztery dni pokonaliśmy około 400 kilometrów, przejeżdżając przez 9 powiatów, 3 województwa i 2 kraje.


Komentarze: