Dookoła Tatr

Wyprawę dookoła Tatr planowaliśmy już od dawna. Dlaczego zorganizowaliśmy ją dopiero teraz? Zazwyczaj było tak, że mieliśmy albo za mało czasu, albo było go tak dużo czasu że odkładaliśmy wyjazd, albo planowaliśmy inny. Kiedy jednak podjęliśmy się tego zadania postanowiliśmy ją nieznacznie przedłużyć i zobaczyć piękne tereny Orawy wraz z Jeziorem Orawskim.

Informacje

Opis trasy

Środa rano, około godziny 7

Właśnie o tej porze rozpoczyna się nasza kolejna przygoda rowerowa. Wyciągam z garażu przygotowany wcześniej rower i podjeżdżam jak zwykle do Pawła, który także jest już prawie gotowy… Jak zwykle czekam jeszcze kilka minut na niego, po czym robimy sobie już tradycyjne zdjęcie przed wyjazdem. No i w końcu jedziemy… Tym razem naszym celem są Tatry. Mamy bowiem zamiar objechać dookoła najwyższe polskie pasmo górskie.

Dzień 1 (TRP: 136 km, AVS: 18 km/h, MAX: 59 km/h)

Na początku musieliśmy pokonać bardzo nudny dla nas odcinek drogi do Bielska. Był nawet pomysł, aby przejechać do Bielska pociągiem, jednak postanowiliśmy zbytnio nie kombinować. Następnie, skierowaliśmy się w stronę Andrychowa, aby stamtąd rozpocząć pierwszy spory podjazd, pod przełęcz Kocierską. Podjazd nie był łatwy, tym bardziej dla mnie, bo była to pierwsza przełęcz pod jaką podjeżdżałem w tym sezonie. Już na początku podjazdu usłyszałem jakieś dziwne stuki wydobywające się z roweru od Pawła. Myślałem, że coś mu się tam popsuło, ale on szybko rozwiał moje obawy, bo jak się okazało miał po prostu źle wyregulowaną przednią przerzutkę i redukcja biegu zajmowała mu trochę czasu. W końcu szczęśliwie dotarliśmy na przełęcz i rozpoczął się bardzo przyjemny i dosyć szybki zjazd. Dalej kierowaliśmy się w stronę Babiej Góry. Jechało się dosyć przyjemnie ponieważ pogoda dopisywała. Teren był nieco pagórkowaty, ale czym to jest w porównaniu z Tatrami, które chcieliśmy objechać. Jeszcze kilkanaście kilometrów przed Babią na naszej drodze “wyrosła” kolejna przełęcz – Przysłop. Była ona jednak dosyć niska, a i podjazd pod nią nie był zbyt stromy, więc po kilku chwilach i bez większych problemów wjechaliśmy na kolejną przełęcz pierwszego dnia naszej wyprawy. Z przełęczy już tylko kilometrów zjazdu i po chwili jesteśmy już na terenie Babiogórskiego Parku Narodowego i rozpoczynamy podjazd pod przełęcz Krowiarki.

Zbliżał się już późny wieczór, więc postanowiliśmy zacząć szukać miejsca na nocleg. Oczywiście w Babiogórskim Parku Narodowym jest całkowity zakaz nocowania pod namiotem, z wyjątkiem miejsc do tego przeznaczonych. Nigdzie nie było sprecyzowane co to są te miejsca wyznaczone na nocleg, więc kiedy znaleźliśmy tzw wiatę turystyczną to zgodnie uznaliśmy ze właśnie ona jest nam przeznaczona na nasz nocleg. Miejsce to było naprawdę dobre: były ławeczki, rzeczka, miejsce na namiot, a nawet TOY TOY :D. Na kolację oczywiście zupka z mięsem i potem już idziemy sobie grzecznie nynać, żeby wypocząć i nabrać sił, ponieważ już następnego dnia mieliśmy wjechać w Tatry.

Dzień 2 (TRP: 107 km, AVS: 14 km/h, MAX: 58 km/h)

Następnego dnia wstajemy o godzinie 5… Jak każdy dzień na wyprawie, tak również ten zaczynamy od wypicia ciepłej herbatki. Potem szybkie śniadanko i zaczynamy zbierać powoli nasz obóz. Około godziny 7 wyruszamy dalej, aby kontynuować nasz podjazd pod przełęcz Krowiarki. Jesteśmy wypoczęci więc kolejne kilometry szybko nam mijają. Po niecałej godzinie jazdy już byliśmy na szczycie przełęczy. Po szybkim zjeździe rozpoczął się dosyć długi odcinek jazdy po prostej drodze, która zaprowadziła nas, aż do miejscowości Czarny Dunajec. Tam postanowiliśmy ściąć drogę jadąc przez miejscowość Ząb. To był chyba najgorszy skrót jaki kiedykolwiek wybraliśmy. Droga prowadziła bardzo stromymi podjazdami po jakichś pagórkach. Nie było to nic przyjemnego tak ciągle piąć się w górę nie wiedząc czy kiedykolwiek się to skończy.

Jak tylko dotarliśmy do wioski na szczycie tego podjazdu, natychmiast zatrzymaliśmy się w sklepie, zrobiliśmy zakupy i zjedliśmy obiad: kanapki z paprykarzem, pasztetem i… konserwowymi ogórkami. Po takim obfitym posiłku mogliśmy już jechać dalej. Najpierw zjazd do Poronina a potem podjazd do Bukowiny Tatrzańskiej. Z Bukowiny jeszcze tylko kilkanaście kilometrów pod górę i w końcu dotarliśmy do przejścia granicznego w Łysej Polanie. Nie było żadnych problemów z przejściem granicy i już w Słowacji zatrzymaliśmy się na małe zakupy. W sklepach przygranicznych nie ma dużego wyboru jeżeli chodzi o towar. Ja poczekałem przed sklepem, a Paweł kupił małe co nie co na wieczór :) Następnie rozpoczął się podjazd od kolejną przełęcz, ale i ten odcinek bardzo szybko nam minął, bo podjeżdżało się nam naprawdę dobrze. Kiedy już zdobyliśmy kolejną przełęcz postanowiliśmy trochę odpocząć, bo przed nami na mapie widniała kolejna :) Jak się później okazało była to pierwsza nasza przełęcz do której zjechaliśmy zamiast wjechać :D Dalej też już było z górki, a ponieważ zbliżał się już wieczór postanowiliśmy poszukać noclegu. Najpierw trafiliśmy na jedną bardzo miłą panią, która jednak oferowała nam jedynie “izbę” bo “jak to wypada tak pod namiotem bez łazienki”. Grzecznie podziękowaliśmy i postanowiliśmy szukać dalej. W końcu w kolejnej wiosce jedna pani, po długotrwałej naradzie z mężem, pozwoliła nam przenocować na działce obok jej pensjonatu. Powiedziała jednak coś co nas trochę zaniepokoiło: “Możecie nocować, ale na własną odpowiedzialność, bo tu niedźwiedź chodzi”. Na początku trochę zignorowaliśmy jej ostrzeżenie, ale kiedy obok naszego namiotu znaleźliśmy ślady jakiegoś wielkiego zwierza, to zaczęliśmy mieć jakieś obawy czy czasem ten misio nie wpadnie do nas na gościnę w nocy. No ale o lepszy nocleg tego dnia było by już naprawdę trudno, więc musieliśmy zaakceptować niezbyt przyjaznego sąsiada. Jak zawsze zjedliśmy kolację, a potem chwilę posiedzieliśmy i porozmawialiśmy o minionym dniu ;) Niestety nie trwało to długo bo strasznie przeszkadzały nam komary i wszelkie inne leśne owady, więc szybko udaliśmy się do namiotu na nocleg. A trzeba było tym razem dobrze wypocząć ponieważ następny dzień mieliśmy cały spędzić na objechaniu Tatr Wysokich.

Dzień 3 (TRP: 150 km, AVS: 17 km/h, MAX: 79 km/h)

Nastał w końcu poranek dnia trzeciego. Całe szczęście misio nie wmontował się na nocne odwiedziny, ale inne leśne stworki (głownie owady) nie dawały nam spokoju. Pobudka o 5, herbatka, śniadanko, zbieranie się i wyjazd o 7. Tego dnia mieliśmy zdobyć najwyżej położony punkt naszej wyprawy i zarazem najwyżej położoną miejscowość w Słowacji o tej samej nazwie: Jezioro Szczyrbskie położone na 1355 m n.p.m. Choć wydawało się to bardzo wysoko to jednak sam podjazd był bardzo długi ale łagodny. Droga prowadziła przez kilka pięknie położonych wiosek Słowackich. Mijaliśmy lasy które zostały zniszczone przez wichure w 2004 roku. Jednym słowem jechało się pięknie: wspaniała pogoda, i niesamowite widoki. Około południa dotarliśmy już nad nasze jeziorko, gdzie zarządziliśmy postój. Stwierdziliśmy zgodnie, że chwila odpoczynku na pewno dobrze nam zrobi. Po niecałej godzinie objechaliśmy jeszcze cały zbiornik i ruszyliśmy dalej. Kolejne 40 kilometrów można określić trzema słowami: “Piękny, długi zjazd.” Przez cały ten odcinek nasza prędkość nie schodziła poniżej 35 km/h!!!

Jechaliśmy bez przerwy i tak aż do miasta Liptowski Mikułasz. Tam postanowiliśmy urządzić mały postój na stacji paliw. Kupiliśmy sobie po lodzie i PEPSI :) Tam też stwierdziliśmy, że trzeba by wpaść do jakiegoś markietu na małe zakupy. Zatrzymaliśmy się jakieś 6 kilometrów dalej pod Hipernovą. Paweł miał mi dać swój portfel ponieważ tam trzymaliśmy nasze korony. No i error 404 – portfela nie znaleziono… “- musiałem zostawić go na tej stacji benzynowej” – powiedział Paweł i bez namysłu rzucił sie na rower, aby odzyskać zgubę. Ja natomiast zostałem pod markietem i pilnowałem naszego bagażu. Czekałem dłuższą chwilę i w końcu wrócił Pablo, szczęśliwy i zadowolony – portfel czekał na niego grzecznie na wspomnianej stacji benzynowej. Choć mi to czekanie na Pawła bardzo się dłużyło to on zapewniał mnie, że to było najszybciej pokonane 12 kilometrów w jego życiu :) Zrobiliśmy planowane zakupy i ruszyliśmy dalej w stronę kolejnej przełęczy. Po drodze mijaliśmy jeszcze słynną Tatralandie, ale nie było czasu na zabawę ponieważ czekało na nas najważniejsze wyzwanie na całej wyprawie – podjazd pod przełęcz Kvaciańską.

I choć nie była to najwyżej położna przełęcz jaką zdobywaliśmy to jednak podjazd pod nią był niezwykle stromy. Kiedy dotarliśmy na jego początek spotkaliśmy podróżujących samochodem Słowaków, którzy jechali na lekkim gazie. Zapytali tylko czy jedziemy w górę czy na dół po czym udali się do baru znajdującego się niedaleko. My natomiast rozpoczęliśmy podjazd, którego nigdy nie zapomnę… Stromo wijąca się droga, przepiękne widoki i wspaniali ludzie których spotykaliśmy po drodze. Jedna pani – polka, chciała nas nawet poczęstować kanapką, ale akurat nie byliśmy głodni i jechaliśmy dalej. Mijali nas także nasi znajomi Słowacy którzy opuścili już bar; dla nich droga była chyba jeszcze bardziej wijąca się :) Dla nas ta przełęcz była sporym wyzwaniem i choć podjazd był męczący to jednak bardzo dobrze nam się jechało; obyło się bez większych postów, zatrzymywaliśmy się jedynie na chwilę, żeby zrobić zdjęcie. W końcu koniec końca podjazdu. Jak był stromy podjazd to potem mus być też zjazd :) tak było i tym razem, a zjazd był taki, że pobiliśmy na nim nasze rekordy prędkości :) Po dotarciu do pierwszej małej miejscowości trzeba było pomyśleć co dalej, bo zbliżał się wieczór i wypadało się rozejrzeć za noclegiem. No i tak się rozejrzeliśmy, że postanowiliśmy jechać jeszcze 20 km, aby dotrzeć nad Jezioro Orawskie nad którym był kamping. Słowo się rzekło i nie było odwrotu. Lampki na tył, czołówki na głowę i jazda :D I tak po ciemku dojechaliśmy szczęśliwie do niedrogiego kempingu, gdzie czekał na nas ciepły prysznic i miejsce na nasz ostatni nocleg:)

Dzień 4 (TRP: 126 km, AVS: 19 km/h, MAX: 46 km/h)

Tego dnia cel był jeden – dotrzeć jak najszybciej do domu. Ruszyliśmy nieco później niż zwykle, ale można sobie było na to pozwolić bo do domu pozostało niewiele ponad 100 kilometrów. Na początku przejechaliśmy jeszcze przez kilka Słowackich wiosek. Przejazd przez nie umilała nam wydobywająca się z lokalnych głośników muzyka. I tak jadąc sobie spacerowym tempem dotarliśmy do granicy gdzie spotkała nas ulewa. Postanowiliśmy ją przeczekać w jednym ze sklepów po stronie Słowackiej ,ale tutaj spotkała nas bardzo nie miła niespodzianka. Otóż właściciel delikatnie mówiąc wyprosił nas ze sklepu i kazał moknąć na deszczu. Paweł próbował my wytłumaczyć, że rowery nie mogą po prostu stać na takiej ulewie i zaczął się z nim targować, ale to go widocznie jeszcze bardziej rozwścieczyło. My byliśmy nie mniej zdenerwowanie, jednak musieliśmy ustąpić. Poczekaliśmy chwilę w sklepie obok (tam właściciel już nie miał żadnych zastrzeżeń), ale ponieważ ulewa nie przechodziła i nawet zaczynało grzmieć to postanowiliśmy ubrać kurtki i jechać dalej :) W końcu hardcore musi być ;) Jednak po chwili jazdy zrobiło się już aż za bardzo hardcorowo (zaczęła się burza) i przeczekaliśmy chwilkę na przystanku autobusowym. Jak tylko groźne chmurki przeszły na bok to natychmiast ruszyliśmy dalej w stronę Żywca. I może na Żywcu zakończę naszą historię, bo dalej już trzeba było się tylko męczyć żeby dojechać do domu.


Komentarze: